Kultura

„Ale to już było”, czyli rozmowa z Marylą Rodowicz

wPunkt
„Ale to już było”, czyli rozmowa z Marylą Rodowicz

„Nastrój tamtych czasów zaznaczał się czasem w moich piosenkach” – stwierdziła Rodowicz.

fot. yt/ tvp badzmy razem

„Moim ulubionym autorem dzieciństwa, poza Sienkiewiczem i Kraszewskim, był Karol May i jego powieści o przygodach Winnetou, w którym się kochałam, a potem się z nim nawet identyfikowałam” – z Marylą Rodowicz, największą wokalistką polskiej estrady, rozmawia Krzysztof Lubczyński z Dziennika Trybuna.

DT: Jak na osobę, która deklaruje, że nie należy do tych, którzy żyją wspomnieniami, w praktyce nie uciekała Pani od nich, najpierw pisząc barwne wspomnienia z „tamtych wspaniałych, szalonych lat”, jak śpiewał Wojciech Gąsowski, zatytułowane „Niech żyje bal” (1992), wiele lat później udzielając wywiadu-rzeki Jarkowi Szubrychtowi, „Wariatka tańczy” (2013), a w rok później uczestnicząc w inicjatywie Marii Szabłowskiej, która stworzyła piękny album „Maryla. Życie Marii Antoniny” (2014), Pani portret oparty na rodzinnej dokumentacji oraz o rozmowy z gronem osób albo Pani bliskich do dziś, albo takich, które w pewnym czasie odegrały w Pani życiu istotną rolę. Ukazała się też książka „Maryla. Królowa jest tyko jedna” (2015). Skąd ta niekonsekwencja?

MR: Życie jest pełne niekonsekwencji, więc dlaczego jak miałabym być z tego wyłączona? Zresztą w każdym przypadku inicjatywa wychodziła z zewnątrz, n.p. w przypadku ostatniej rzeczy, od Marysi Szabłowskiej. Uznałam, że nie ma się co sprzeciwiać życzliwym pomysłom. W końcu ja mogę nie żyć wspomnieniami, ale inni je lubią i chętnie poczytają te książki.

DT: Przyznam, że ja należę do tych drugich. Tak się składa, że zanim zobaczyłem Panią śpiewającą na różnych koncertach i festiwalach transmitowanych przez telewizję, obejrzałem w telewizji, w sylwestrowy wieczór 1968 roku, film muzyczny Stanisława Kokesza i Grzegorza Lasoty „Kulig”, w którym wykonała Pani przede wszystkim słynne „Zakopane”, a także „Jeszcze zima” i „Walc na trzy pas”. Jak Pani wspomina realizację tego filmu?

MR: Byłam wtedy skromną studentką warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego i w czasie zajęć na sali gimnastycznej dostałam informację, że jest do mnie telefon z telewizji. Okazało się, że zaproponowano mi udział w filmie muzycznym, który przygotowywali Stanisław Kokesz i Grzegorz Lasota w oparciu o scenariusz Andrzeja Bianusza. Pamiętam, jak bardzo byłam podekscytowana perspektywą zagrania w tym filmie. Byłam bardzo stremowana, bo grały w nim ówczesne gwiazdy sceny muzycznej, a także słynny wtedy aktor filmowy Bogumił Kobiela, jako ozdoba aktorska, w roli zagubionego, staromodnego pana z minionej epoki, błąkający się przedwojennym autem „retro”. W „Kuligu” wystąpili m.in. Skaldowie, Alibabki, Niebiesko-Czarni, Ada Rusowicz z Wojtkiem Kordą i inni. Co do piosenek, to wspaniałą muzykę skomponował m.in. Adam Sławiński, do słów m.in. Andrzeja Bianusza i Agnieszki Osieckiej.

DT: Przypomnijmy w jakiej konwencji i scenerii nakręcony został „Kulig”…

MR: W cudownej scenerii ośnieżonych Tatr i okolic Zakopanego, także m.in. we wnętrzu słynnej „Willi pod Jedlami” na zakopiańskim Kozińcu. Jego ramą fabularną był tytułowy kulig, który rozpoczyna się w dzień pod kawiarnią „U Kmicica”, od którego „prosto porwali te panny” i pędzi aż do nocy, z pochodniami oraz oczywiście ze śpiewem i muzyką. Film ma bardzo wesoły, karnawałowy nastrój.

DT: Pani piosenki były często bardzo liryczne, ale z Pani narracji we wspomnianych książkach można się dowiedzieć, że już w dzieciństwie była Pani typem „łobuzicy”…

MR: Która przeszła „wychów” podwórkowy i nieco z tej skłonności do łobuzerki” i życia przygodowego towarzyszyło mi w dorosłości. Na ogół bardziej mi to w życiu to pomagało niż przeszkadzało. Dość wspomnieć, że moim ulubionym autorem dzieciństwa, poza Sienkiewiczem i Kraszewskim, był Karol May i jego powieści o przygodach Winnetou, w którym się kochałam, a potem się z nim nawet identyfikowałam. Moje późniejsze skłonności do kolorowych strojów, do sukni i szat w kwiaty, miały trochę „indiańskiego” rodowodu, ale wynikało to także z fascynacji ruchem hippisowskim, „hipisizmem”.

DT: We wspomnieniach „Niech żyje bal” opowiedziała Pani o bardzo bujnym życiu w latach, głównie, siedemdziesiątych, ale też osiemdziesiątych, burzliwym artystycznie, ale także uczuciowo i towarzysko. Pani i Pani środowisko żyliście jak cyganeria, bohema, emocjonująco, wesoło, ryzykownie, chaotycznie…

MR: Tak było, a jednocześnie koncertowaliśmy, w kraju i za granicą, zakładaliśmy rodziny, rodziły się dzieci. Nastrój tamtych czasów zaznaczał się czasem w moich piosenkach, w „Balladzie wagonowej” o wsiadaniu do „pociągu byle jakiego”, o „Małgośce”, w „Kolorowych jarmarkach”, w „Jadą wozy kolorowe”, w „Mówiły mu”. „Football” był wyrazem radości z sukcesów naszych piłkarzy. Po latach, piosenki takie jak „Niech żyje bal” czy „Ale to już było” nawiązywały trochę sentymentalnie, nieco nostalgicznie, do tamtych lat. Nasze życie było trochę jak ta witkacowska „szalona lokomotywa” ze słynnego wtedy widowiska słowno-muzycznego i też trochę happeningowego. Ale były też piosenki o tematyce wysnutej nie z życia, lecz z wyobraźni, jak „Diabeł i raj”, „Sing sing” czy „Damą być”, które miały wydźwięk nie liryczny, lecz ironiczny, kpiarski.

DT: W „Niech żyje bal”, a także w wywiadzie-rzece i książce Pani poświęconej, sportretowanych zostało, często anegdotycznie, wiele postaci, artystów-celebrytów z tamtych lat, w tym osoby szczególnie Pani bliskie, zaprzyjaźnione, jak Agnieszka Osiecka, Katarzyna Gaertner, Seweryn Krajewski, Krzysztof Materna, Stan Borys, Marek Grechuta, Urszula Dudziak, Czesław Niemen, a także bliscy Pani wtedy mężczyzni, jak Krzysztof Jasiński czy Daniel Olbrychski. Jest też sporo o Pani licznych współpracownikach muzycznych, w tym pani słynnych gitarzystach i innych instrumentalistach…

MR: Tak, oni wszyscy współtworzyli moje życie, wielu z nich sporo zawdzięczam. Część z nich już nie żyje, a kontakty z innymi bardzo się rozluźniły. W takich czasach żyjemy. Jednak zawsze myślę o nich serdecznie, choć jak wspomniałam, na przeszłości się nie koncentruję.

DT: Nietrudno zauważyć, że telewizja była Pani żywiołem w nie mniejszym stopniu niż sale koncertowe, estradowe, festiwalowe…

MR: To prawda. Kochałam telewizję, z tym charakterystycznym dla niej iluzjonizmem (którego mistrzynią była Xymena Zaniewska), gdzie za pomocą kamery, scenografii, kostiumu, montażu, można stworzyć bajkowy świat, co jest znacznie trudniejsze w realu. Z Telewizją Polską mam mnóstwo wspomnień, wiele występów, recitali, rewii, a także transmisje z festiwali w Opolu i czy Sopocie, bo to przecież też w istotnym stopniu forma telewizyjna, jako że miażdżąca część festiwalowej publiczności to przecież telewidzowie. W telewizji zaistniały też moje cykle „Marysia Biesiadna” i „Tour de Maryla”.

DT: Przeczytałem, że Pani ulubioną postacią historyczną jest Aleksander Macedoński. Dlaczego właśnie on?

MR: Bo już jako młody człowiek zdobył pół świata, a poza tym kojarzy mi się z tym co mnie pociąga: z końmi, jazdą i białą bronią.

DT: Zwierzyła się Pani, że czuje się Pani trochę wcieleniem tego monarchy?

MR: A żeby pan wiedział, że czasem mam wrażenie, że trochę tak (śmiech).

DT: Intryguje mnie dlaczego akurat auto marki „porsche” stało się obiektem Pani fascynacji?

MR: Po prostu zakochałam się w tym aucie, a jak wiadomo rzadko daje się racjonalnie wytłumaczyć dlaczego zakochujemy się w kimś czy czymś. Po prostu zakochujemy się i tyle.

(wywiad nieautoryzowany)

Popularne

Do góry