Kultura

Honor. W imię nienawiści do kobiet

Amina, jedna z bohaterek reportażu Lene Wold „Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę”, i tak miała szczęście.

fot. fickr

Pierwsza rzecz, jaką widzę, to gęste czarne włosy upięte z tyłu w ciasny węzeł. Potem dostrzegam świadectwa historii, której jeszcze mi nie opowiedziała. Całą twarz, wzdłuż i wszerz, przecinają głębokie blizny. Jedna z najgłębszych szram przebiega przez nos i policzek oraz prosto przez zmętniałe oko. Brak fragmentów podbródka. Skóra jest ognistoczerwona, a szyja czarnosina – najwyraźniej po ranie postrzałowej.

Kto ci to zrobił? – pytam.

Baba – odpowiada i bierze mnie za rękę, po czym przykłada ją do swojej twarzy. – Moja rodzina.

Amina, jedna z bohaterek reportażu Lene Wold „Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę”, i tak miała szczęście. A na pewno miała go znacznie więcej od swojej siostry, Aiszy, która stała się jedną z wielu ofiar wciąż odnotowywanych zbrodni „honorowych”.

Naszpikowane patriarchatem i religijnym fundamentalizmem przekonanie, że „honor rodziny znajduje się między nogami kobiety”, a rolą męskich członków rodu jest zamordowanie tej, która miała ten honor splamić, prowadzi rokrocznie do śmierci nawet pięciu tysięcy kobiet.1 Tych kobiet, o których historii już nigdy się w domach nie rozmawia.

Podróż do źródła

Lene Wold, norweska dziennikarka i działaczka Amnesty International postanowiła zbadać przyczyny tego procederu u źródła, przez dwa lata szukała więc jednego z tych, którzy w imię tradycji wydali wyrok śmierci na własne dziecko.

W czasie swojej podróży do Jordanii nie tylko starała się ustalić motywacje, jakimi kieruje się człowiek przedkładający dobre imię rodziny nad życie swojej córki, ale też zdecydowała się na rozmowę z uczonymi w Koranie, by dowiedzieć się, czy interpretacje, na które powołują się zabójcy, rzeczywiście wynikają z islamu.

Zderzenie tych skrajnie różnych osądów z jednej strony przeraża i budzi gniew. Z drugiej jednak, zawsze zostaje nadzieja na odmianę, skoro – jak słusznie zauważa sama autorka – wydana przez muftiego fatwa zakazująca zabójstw „honorowych” oficjalnie rozstrzyga, że okrucieństwo to nie jest zgodne z prawem muzułmańskim.

Sam reportaż stanowi wnikliwie studium przypadku ze starannie rozpisanym tłem socjologicznym i prawnym. Nie etapuje niepotrzebnym okrucieństwem, by niczym tabloid wzbudzić sensację, z dużym szacunkiem podchodzi do wszystkich bohaterów i bohaterek.

Nienawiść systemowa

Nie udało się jednak autorce uniknąć silnego zaznaczenia własnych doświadczeń i przekładania akcentu na tylko jeden z powodów, które w oczach zabójców stanowią usprawiedliwienie dla zbrodni. Mimo tego lekkiego rozjazdu proporcji, książka sama w sobie umożliwia osobom czytającym zapoznanie się z przyczynami, przebiegiem i postrzeganiem procederu, jaki stanowią zabójstwa „honorowe”. Obrazuje skalę systemowej przemocy, jakiej doświadczają kobiety ze strony policji, lekarzy, wymiaru sprawiedliwości, społeczeństwa, a nawet samego prawa.

Jordański kodeks karny przewiduje bowiem nadzwyczajne złagodzenie kary dla osoby skazanej na podstawie przepisów o zabójstwach honorowych. Co więcej, ta sama ustawa zezwala na umieszczanie kobiet „zagrożonych popełnieniem czynu zabronionego” w areszcie administracyjnym. Na czas nieokreślony. Bez prawomocnego wyroku. Bo państwo to ma chronić honor rodu, a nie godność i wolność potencjalnej ofiary. Przecież jest „tylko” kobietą, patriarchat nie widzi w niej człowieka. Woli zamknąć ją w zakładzie i pozwolić gwałcicielowi chodzić wolno. I jeszcze postrzega to jako akt wsparcia kobiet, bo przecież we własnym domu zostałyby zastrzelone, zadźgane czy spalone żywcem. W imię honoru ludzi, którzy – mylnie rozumiejąc własną wiarę – zabijają swoje córki, żony i siostry z czystej nienawiści do kobiet.

1Agnieszka Kosińska (opr.), Zabójstwa honorowe, Ogólnopolskie Pogotowie dla Ofiar Przemocy w Rodzinie „Niebieska Linia”, s. 1 (dostęp: 22 maja 2020 r.)

Popularne

Do góry