Kultura

W Meksyku przecież nic się nie dzieje…

Beata Kowalik znakomicie kreśli obraz Meksyku jako państwa barwnego, niezwykle interesującego i energetycznego, nie zapomina o tym, że ten piękny jak z obrazu kraj jest jednocześnie jednym z powodów wielkiego cierpienia zamieszkujących go kobiet

fot. wydawnictwo kobiece

Stare przysłowie uczy, by nie oceniać książki po okładce. A jednak to właśnie piękna okładka zwróciła na siebie moją uwagę, gdy jadąc do pracy przeglądałam Instagrama i między jednym, a drugim postem wyświetliła mi się reklama nowej publikacji Wydawnictwa Kobiecego.

Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się zatrzymać na dłużej przy książce polecanej na nieznanych mi kontach w mediach społecznościowych (poza tym wielkim boomem na promowanie „Tatuażysty z Auschwitz”, gdy na dobry tydzień zmieniłam się w absolutną social mediową marudę, jako że uważam promowanie tak złej i żerującej na trudnych doświadczeniach „twórczości” za coś zasługującego na stosowną reakcję), ale tym razem uznałam, że zaryzykuję i zamówię reportaż o kobietach żyjących w Meksyku. Oh, madre mia, oficjalnie muszę przyznać, że to druga najlepsza decyzja, jaką podjęłam w tym roku (bo, niech mi Wydawnictwo wybaczy, ale przejście na etat na miesiąc przed wybuchem pandemii to jednak niekwestionowany laureat całej dekady). Całkiem poważnie rozważam zamówienie dodatkowych egzemplarzy jako elementu prezentów urodzinowych dla moich przyjaciółek. A co jak co, ale złych książek to nigdy nie wręczam.

Beata Kowalik spędziła kilka lat w Meksyku, uważnie obserwując i z wielką empatią i reporterską wnikliwością spisując losy napotkanych kobiet. Ofiary przemocy, sex workerki, aktywistki, szamanki, uzdrowicielki, gospodynie domowe, feministki, kobiety transpłciowe – ich przenikające się role społeczne, tak podobne do siebie historie (a raczej herstorie), a jednocześnie skrajnie różne formy reakcji na to, co zesłał im los sprawiają, że poznajemy Meksyk jako państwo jednocześnie opresyjne i systemowo utrwalające przemoc wobec kobiet, ale też jako kraj, w którym te same kobiety prowadzą nieustającą walkę o to, by wszystkie mujeres – Meksykanki żyjące w miejscu na wskroś maczystowskim – odzyskały swoją wolność i poczucie sprawczości. Jak mówi Gabriela, jedna z bohaterek reportażu:

“Można mówić oczywiście, że to my same, kobiety, wychowujemy tych maczystów, żenimy się z nimi i jesteśmy współodpowiedzialne. Ale to nieprawda. Gramy role, które nam przydzielono przed wiekami. Wiesz, ze do dziś po wsiach sprawdza się prześcieradła po nocy poślubnej? Nasza seksualność to kwestia honoru męża, jesteśmy niewolnicami jakiejś kolonialnej kultury. Chcą nas dziewicami i świętymi, jak Matka Boska z Guadalupe. Ale ja chcę iść do przodu, odciąć się, wyzwolić”.1

No pasa nada! Nic się nie dzieje to również zbiór uważnie wysłuchanych wypowiedzi kobiet, dla których życie w patriarchalnym społeczeństwie jest tak oczywiste jak fakt, że woda jest mokra. Na próżno jednak szukać tu fragmentów oceniających bohaterki czy narzucających zachodnioeuropejskie myślenie o feminizmie. Autorka ani przez chwilę nie próbuje nas przekonać, że to ona jest główna osią, którą wyznacza rytm opowieści, wprost przeciwnie – w trakcie lektury staje się ona dla nas niemal zupełnie niewidoczna, momentami odnieść można nawet wrażenie, że bohaterki nie opowiadają swoich doświadczeń jej, a po prostu snują swoją opowieść przed osobami czytającymi. Jak choćby Juana:

“To jest mój macho, muszę go znosić. Każda kobieta ma swojego macho. Bije? Bije, ale tylko w weekendy! – monologuje Juana, nie pierwszej młodości gospodyni domowa ubrana w zgrzebną podomkę. – To się zdarza nie tylko takim jak ja. Moja patrona, opiekunka, piękna, wyedukowana, wyperfumowana, a to samo ma w domu!”2

Czy Viridiana, aktywistka działająca na rzecz dziecięcych ofiar przemocy seksualnej:

“W ubiegłym roku zgłosiła się do mnie rodzina niepełnoletniej dziewczynki, zgwałconej, efektem przestępstwa była ciąża. Postanowiła dokonać aborcji, ale żadna klinika w pobliżu domu nie chciała jej przyjąć. (…) „Jak nie chcesz tego dziecka, oddaj je komuś” – poradzili jej. Mnie nazwali czarownicą. Powiedziałam im – jestem jej obrończynią i to, co roicie, jest niezgodne z prawem. (…) Oczywiście nikt z dziewczynką nie rozmawiała, nie było psychologa, nie było zachowania poufności ani intymności, ani szacunku, nie było jasnej informacji o przebiegu leczenia… Był „kłopot” na sali”.3

Czy dla Was również te historie wydają się brzmieć podejrzanie znajomo? Właśnie. Mimo wyraźnego zaznaczenia przez autorkę, że to właśnie Meksyk jest poniekąd zbiorowym bohaterem jej publikacji, z opowiadanych historii wyraźnie wybrzmiewa jeden wspólny dla nas wszystkich wniosek – tam, gdzie politykę państwa opiera się na patriarchacie, tam – bez względu na szerokość geograficzną – pierwszymi ofiarami własnego kraju są kobiety.

I choć Beata Kowalik znakomicie kreśli obraz Meksyku jako państwa barwnego, niezwykle interesującego i energetycznego, nie zapomina o tym, że ten piękny jak z obrazu kraj jest jednocześnie jednym z powodów wielkiego cierpienia zamieszkujących go kobiet i osób, dla których rząd ma do zaoferowania przede wszystkim te słynne tradycyjne wartości opierające się na przemocy, patriarchacie i bezprawiu. A jeśli ktoś z zewnątrz zapyta, dlaczego nikt z tym nic nie robi, wystarczy odpowiedzieć, że przecież ne pasa nada! Nic się nie dzieje.

1Beata Kowalik, Ne pasa nada. Nic się nie dzieje, Wydawnictwo Kobiece, wyd. I, Białystok 2020, s. 151

2Ibidem, s. 147

3Ibidem, s. 60-61

Popularne

Do góry