Opinie

Chleba i aquaparku. O Polsce lokalnej

wPunkt
Chleba i aquaparku. O Polsce lokalnej

Polska lokalna to dosyć specyficzne miejsce. Wielu zrzuca się na to, by tylko garstka mogła zjechać co miesiąc plastikową rurą do basenu.

fot. Piotr Sadowski / Flickr

Polska lokalna to miejsce, gdzie tak wielu zrzuca się na to, żeby tak niewielu zjechało plastikową rurą.

Mogłoby się wydawać, że budowanie za samorządową kasę aquaparków mamy już od kilku lat za sobą. Nic z tych rzeczy. Radnych z Częstochowy, Szczecina, czy Opola wielomilionowe wtopy innych, niczego nie nauczyły. Będą opowiadać, że nie stać ich dać nauczycielom podwyżki dodatku motywacyjnego o 100 czy 200 zł miesięcznie, ale będą topili dziesiątki milionów w budowę i kolejne miliony w podgrzewanie wody w parkach wodnych.

Deficyt kąpielowy

Niemal każdy aquapark wybudowany kilka lat temu za unijne i samorządowe pieniądze ssie gminną kasę. W Wągrowcu na budowę parku wodnego poszło 25 mln zł. I choć samorząd zakładał, że będzie do interesu dokładał, to skala deficytu przerosła jego możliwości. Z planowanych 600 tys. zł zrobiły się 2 miliony. Aquapark w Suwałkach za 40 mln zł, dostaje od miasta co roku ponad milion złotych. W niewielkich Chojnicach, równie niewielki, park wodny wymaga wsparcia na poziomie niemal 100 tys zł rocznie. To prawie nic przy stracie aquaparku w Polkowicach wynoszącej rocznie – 4,5-5 mln zł.

W olsztyńskiej „Aquasferze” mają, o 20 proc. większe od zakładanego, zatrzęsienie kąpiących się, ale samorząd i tak co roku dopłaca do działalności ponad 1 mln zł. Chełmski Park Wodny wymaga comiesięcznego zasilania go 80 tys zł.
O Lidzbarku Warmińskim, który miał korzystać z geotermii, która okazała się na tyle zimna, że na podgrzewanie wody miasto wydaje prawie milion rocznie, napisali już wszyscy. Ale o Redzikowie liczącym 500 mieszkańców, który strzelił sobie samorządowy aquapark za 28 milionów, prawie nikt. Ale gdy otworzą zadaszone kąpielisko z rurami w nieodległym Słupsku i nie będzie w Redzikowie kto się miał moczyć – to park wodny trafi na czołówki.

Basen w Rudzie Śląskiej zmusił miasto do zaciągnięcia pożyczki w wysokości 119 mln zł. I choć błędnie oszacowano, że kąpiących się powinno być rocznie o 100 tys więcej niż jest; i mimo tego, że zamiast 3 godzin, ludzie spędzają w aquaparku 2 godziny, to utrzymanie obiektu nawet by się bilansowało. Ale budżet samorządu i tak musi dokładać po kilka milionów – w ramach odsetek i spłaty kredytu.

Wszystkie te dane dotyczą czasu sprzed pandemii. Teraz strat inwestowania w moczenie się, można się tylko domyślać. I mnożyć to co powyżej, razy cztery.

Mokra dotacja

Prawdziwy boom aquaparkowy mieliśmy w ramach unijnej siedmiolatki kończącej się w roku 2014. Bruksela finansowała innowacyjne projekty basenowe nader chętnie. A do innowacyjności starczyła przybasenowa plastikowa zjeżdżalnia oraz sauna i jacuzzi. Jak w projekcie występowały te elementy, to samorząd mógł na basen dostać z Unii, nawet 80 proc. pieniędzy. A ponieważ wszyscy wokół krzyczeli, że ani jedno euro nie może się zmarnować, to samorządowcy z najmniejszych miejscowości powpadali na pomysł, że każdej gminie należy się aquapark. Suweren brał to w ciemno, wierząc, że basen z rurą zapewni miejscowości przynależność do zachodniej cywilizacji. Nic zatem dziwnego, że z puli środków na unijną politykę spójności, na parki wodne poszło w poprzedniej perspektywie finansowej setki milionów euro.

Na wodno-parkową głupotę narodu polskiego szybko zwrócili uwagę unijni urzędnicy. Ale słowo się rzekło, więc środki poszły. Jedyne co Bruksela mogła zrobić, to zastrzec w kolejnym budżecie, że jeśli ktoś chciałby dotację na aquapark, to po pierwsze ma mieć mocny biznesplan, a po drugie finansowanie prywatno-publiczne. A poza tym dotacja i tak nie będzie wyższa, niż 20 proc. inwestycji.

Skąd pomysł z prywatnym kapitałem? Stąd otóż, że unijni urzędnicy zorientowali się dzięki internetowi, że w wielkich polskich miastach jest mnóstwo prywatnych parków wodnych. Wybudowanych bez udziału unijnych dotacji i nie wymagających dotowania pieniędzmi niekąpiących się w nich podatników. Aquaparki te, otóż, radziły sobie całkiem dobrze. Ba, ceny przez nie proponowane były na tym samym poziomie, co w nierentownych parkach wodnych podległych samorządom.

Choć i one padały. Jak najstarszy w Polsce – otwarty w 1993 r. – Aquapark w Lesznie. Na początku 2018 roku został przez swoich prywatnych właścicieli zamknięty. Ludziom odechciało się masowo moczyć, a ceny energii szły w górę. Na pomoc ruszył leszczyński magistrat. Chciał dotować aquapark 200 tys zł rocznie i zwolnić go z podatku w wysokości 100 tys zł. Prywaciarze wyciągnęli kalkulator i wyszło im, że mimo to, musieliby rocznie dokładać do interesu prawie milion zł. No i Leszno aquaparku nie ma.

Ocieplanie lustra

Biznes z wodnymi rozrywkami przy polskich, chorych cenach energii, może się powieść tylko, gdy otwiera się go w naprawdę dużym mieście, albo takim, w którym niemal cały rok roi się od turystów. Dlatego na dużym plusie są aquaparki we Wrocławiu, Poznaniu, czy Łodzi. A nawet te w okolicach Zakopanego.

Choć te ostatnie z jeszcze innego powodu. Tamtejszą wodę podgrzewają bowiem ciepłe źródła spod ziemi. I dlatego koszty prowadzenia interesu są w miarę sensowne. Z dokładnie tego samego powodu na minusie nie jest również park wodny w Tychach.

Nie, żeby miał gejzery. Zamiast nich, Tychy mają oczyszczalnię ścieków. Taką, w której produkuje się biogaz. Ten zaś rurami wędruje do parku wodnego. W nim jest spalany i służy do podgrzewania wody i produkcji prądu. Dzięki temu Wodny Park Tychy jest samowystarczalny energetycznie, a nawet na sprzedaży nadwyżek prądu i ciepła zarabia. I się tym bardzo chwali.

Nie wiadomo jednak czym. Bo sprzedają ledwie 15 proc. wyprodukowanego przez siebie ciepła i prądu. 85 proc mocy biogazu idzie tylko i wyłącznie na potrzeby aquaparku. Aquaparku, który kosztował 112 mln zł i nie ma siły, by kiedykolwiek ta inwestycja się zwróciła. Szczególnie, gdy dodamy do tego miliony wpakowane w urządzenia produkujące biogaz. Abstrahując już od tego, że zamiast podgrzewać i oświetlać basen, ekologicznie można by tym metanem ogrzać i doelektrycznić tysiące tyskich mieszkań.

Jednak jak widać, zapewnienie rozrywki nielicznym wyborcom za pieniądze wszystkich, jest dla lokalnych włodarzy najważniejsze. Dlatego tak w Tychach jak i w dziesiątkach innych miejscowościach z samorządowymi aquaparkami, jak pacierz powtarzają bzdury, że „tego typu obiekty nie utrzymają się bez wsparcia finansowego gminy, bo przypominają domy kultury czy biblioteki”. Bzdury, bo niech któryś mądrala pokaże bibliotekę czy dom kultury postawiony i utrzymywany przez prywaciarza. A skoro nie pokażą – a aquaparki i owszem – to może zamiast tracić publiczne miliony, lepiej pozostawić sprawę budowy i utrzymania basenów z bajerami biznesowi prywatnemu.

Jaki problem znaleźć inwestora. I nawet dać mu wieczystą dzierżawę gruntu na symboliczną złotówkę. Można go też zwolnić z podatków lokalnych i gdyby to nie wystarczyło wykupić w prywatnym aquaparku basen dla jakiejś pobliskiej szkoły, czy szkół. Wszystkie te wypłacane prywatnemu parkowi wodnemu pieniądze wraz z ulgami i tak byłyby dla samorządów mniejsze, niż odsetki od liczonego w setkach milionów złotych kredytu. O dotacjach na utrzymanie obiektu, nie wspominając.

Niestety dla samorządów, gdy właścicielem aquaparku będzie firma prywatna, to gmina nie powoła kolejnej miejskiej spółki. Takiej do wybudowania i zarządzania parkiem wodnym. Takiej, w której prezes i wiceprezesi zaproponowani przez prezydenta, wójta, czy burmistrza, będą zarabiali po kilkanaście tysięcy złotych. Takich, które będą miały rady nadzorcze, których też winni zasiadać krewni i znajomi królika. Biorąc za to po parę tysięcy zł miesięcznie.

Skok na główkę

I pewnie dlatego w Częstochowie, ukończono trzykondygnacyjny budynek, w którym „powierzchnia lustra wody zespołu basenów ma liczyć blisko 900 m kw. Do tego zjeżdżalnie, dwie rurowe i jedna otwarta, a także część przeznaczona tylko dla dzieci. Z atrakcji będzie można liczyć także na tzw. dzikie i leniwe rzeki oraz basen ze sztuczną falą. Będą też ławeczki i leżanki z hydromasażem. Powstanie saunarium, a w nim sauny suche, parowe, miejsca do schładzania oraz tężnia solankowa.” Idą na to 52 mln zł. I to z własnych funduszy miasta.

Z kolei w Szczecinie kończy się budowa aquaparku na Gontynce. Inwestorem jest miejska spółka Fabryka Wody, która załatwiła z bankiem kredyt na 350 mln zł. Bo tyle aquapark ma kosztować.

Opole też buduje park wodny. Na początek wydało jednak tylko 5 mln zł. Tyle kosztowało „przygotowanie dokumentacji inwestycji.” Ale prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski, biegał po mediach i opowiadał, że „tego typu obiekt to także inwestycja w zdrowie mieszkańców we wszystkich kategoriach wiekowych – od dzieci po seniorów. Mam świadomość, że to obiekt, do którego trzeba będzie dokładać, ale do oświaty czy komunikacji miejskiej też dokładamy?”

O tym, że z wymienionych przez Wiśniewskiego usług publicznych korzystają wszyscy Częstochowianie, zaś z saun i zjeżdżalni najwyżej, co dziesiąty – pan prezydent jakoś nie wspomniał.

Tekst pierwotnie opublikowany został na łamach Trybuna.info

Popularne

To Top