Opinie

Jak zostałem zwolennikiem praw kobiet i przestałem mieć wątpliwości

Nie ma takiego sądu, takiej sali parlamentu, nie ma takiego gabinetu, nie ma takiej izby, w której można zadecydować za kobietę czy powinna urodzić dziecko czy nie.

Fot. Tomasz Rurkowski

“Nie ma takiego sądu, takiej sali parlamentu, nie ma takiego gabinetu, nie ma takiej izby, w której można zadecydować za kobietę czy powinna urodzić dziecko czy nie. Decyzja ta powinna na zawsze pozostać w jej rękach. Każda kobieta powinna mieć prawo podjąć ją w gronie ukochanych ludzi, w atmosferze zrozumienia, miłości i wsparcia” – pisze Bartosz Migas.

Całkowity zakaz aborcji? Kompromis aborcyjny? Prawo do przerywania ciąży pozostawione w rękach kobiety? To pytania, które my mężczyźni zadajemy sobie obserwując debatę publiczną na temat prawa do przerywania ciąży nawet jeśli nas nie dotyczy. A może właśnie dlatego, że nas nie dotyczy, mamy potrzebę zajęcia jakiegoś stanowiska? Ja nie mam tych wątpliwości. Chcę wam koledzy opowiedzieć swoją historię, kolejną historię mężczyzny rozprawiającego o prawie kobiet do podejmowania decyzji o tym, czy urodzić dziecko czy nie. 

Historia ta jest bardzo osobista i nierozerwalnie związana z moją rodziną, ale ukształtowała mój pogląd w temacie prawa do aborcji. Może i wam, drodzy koledzy, bracia, ojcowie, dziadkowie, mężowie, w jakiś sposób pomoże wyrobić swoje zdanie i przestać mieć wątpliwości. 

Nie wiesz nic, Jonie Snow.

Patrząc wstecz na czasy gdy byłem 25-letnim młodzieńcem określiłbym swoje ówczesne poglądy jako umiarkowane, co oznacza ni mniej ni więcej tylko tyle, że popierałem w zasadzie istniejący w Polsce “kompromis” – dopuszczenie prawa do legalnej aborcji z powodu ciężkiego uszkodzenia płodu, ciąży z gwałtu i ciąży zagrażającej życiu matki. Przerwanie ciąży “na życzenie” wydawało mi się czymś niewłaściwym, czymś czego nie powinno się robić, czymś czego sam bym nigdy nie zrobił i nie chciałbym, żeby tak postępowały inne osoby. Ten pogląd po prostu we mnie był, nie wyrobiłem go sobie, a przynajmniej nie pamiętam żebym to świadomie zrobił. Będąc katolikiem w katolickim kraju wciągnąłem go z powietrzem i przyjąłem za normę, nie poświęcając jego uzasadnieniu większej uwagi.

Wszystko zmieniło się, gdy moja siostra, po dwóch poronieniach, zaszła w kolejną ciążę. Cieszyliśmy się całą rodziną na myśl o dziecku wiedząc, jak bardzo wspólnie z mężem chcieli je mieć. Przyszedł jednak ten dzień kiedy powiedziała mi, że ich synek jest nieuleczalnie chory i nie wiadomo czy w ogóle się urodzi, a jeśli tak, to nie pożyje długo. Nigdy nie zapomnę tego momentu, kiedy mi to mówiła. Z jakimś nadzwyczajnym spokojem, a nawet z pogodą duchą, w której tle zaledwie czaił się smutek. Bardzo chciałem w tym momencie coś powiedzieć, zrobić coś, coś przydatnego i istotnego, podzielić się jakąś mądrością, doświadczeniem, wesprzeć, uspokoić, okazać zrozumienie, miłość i troskę, ale nie umiałem. Wszystko co wiedziałem i myślałem o życiu okazało się błahe, banalne, nieistotne, miałkie i przede wszystkim kompletnie niestosowne. Jedyne co udało mi się wtedy z siebie wydusić to że nie wiem co powiedzieć. “Nie musisz nic mówić. Tu nic nie trzeba mówić” odpowiedziała siostra uśmiechając się. Zrozumiałem wtedy, że nie mam nic do powiedzenia na ten temat i nigdy nie będę miał, bo nigdy nie będę kobietą noszącą w łonie dziecko, o którym jeszcze przed urodzeniem wiadomo, że nawet jeśli się urodzi to jego życie będzie można liczyć w godzinach, lub w najlepszym wypadku w dniach. Wiedziałem też, że bez względu na to co siostra planuje zrobić, będę ją w pełni wspierał. 

Miej serce i patrzaj w serce

Moja siostra, wspólnie z mężem, zdecydowała się, że urodzi synka. Mając w pamięci dwa poprzednie poronienia chciała urodzić swoje ukochane dziecko, zobaczyć je, przywitać, przytulić i pożegnać. Tak żeby chłopiec mógł poznać kochającą matkę, kochającego ojca i całą rodzinę. Przez całą ciążę siostra starała się zachować pogodę ducha, żeby synek wiedział, że jest kochany i jest wielkim szczęściem. I wszyscy staraliśmy się tak zachowywać. Mój chrześniak urodził się i zakwilił. W obecności rodziny, wspierającego hospicjum dla dzieci nieuleczalnie chorych, księdza i fotografa został ochrzczony. Wszyscy się z nim przywitaliśmy, dotknęliśmy go, przekazaliśmy swoje uczucia, ile ich w nas było. W trakcie ceremonii starałem się trzymać, ale prawie cały czas lały się ze mnie łzy. Nawet teraz gdy piszę te słowa nie mogę ich powstrzymać. Syn mojej siostry, mój chrześniak, odszedł od nas po jednym dniu. W tym miejscu wielu z was pewnie przyklaśnie lub oburzy się. To nie ma znaczenia.

To było bardzo ważne wydarzenie dla naszej rodziny i dla mnie osobiście. Historia mojej siostry, jej męża i ich synka trafiła do mediów jako opowieść o bezgranicznej miłości i bezgranicznej determinacji. Mimo pozytywnego wydźwięku publikacji pojawiały się liczne, negatywne komentarze. Krytykowano moją siostrę za to, że zdecydowała się urodzić dziecko, a nie przerwała ciąży wcześniej, choć wielokrotnie jej to sugerowano. Zarzucano jej egoizm i ideologiczne zaślepienie. Byłem wściekły i nie mogłem zrozumieć tych ludzi, którzy tak zajadle atakowali moją siostrę za decyzję, którą podjęła z pełnym wsparciem rodziny. Decyzję, którą podjęła w ramach swojego własnego kobiecego wyboru, który jest dla niej prawem każdej kobiety. Nie mogłem zrozumieć jak ludzie nie mający pojęcia o jej sytuacji, o emocjach które przeżywała, o wadze tego wydarzenia, które odcisnęło się na nas wszystkich, że ludzie nie mający o tym pojęcia tak kategorycznie wydają swoje żałosne, płytkie osądy na lewo i prawo jakby ktokolwiek ich pytał o zdanie. Jakby ich zdanie miało mieć jakiekolwiek znaczenie dla tego co przeżyła moja siostra, co przeżyliśmy wszyscy.

Co gdyby zdecydowała się przerwać ciążę? A jakie ma to dla was znaczenie? Jakie może mieć znaczenie dla kogokolwiek z was? Bylibyśmy z nimi. Tylko to się liczy. Nie żadne spokojne sumienie fanatyków, nie żadne przekonania tego czy innego polityka, nie orzeczenie sądu czy trybunału.

Nie twoje ciało, nie twój wybór

Dziś sam jestem ojcem dwóch niesfornych córek. Byłem obecny przy ich narodzinach. Widziałem ich pierwszy wdech powietrza, słyszałem pierwszy płacz, dwukrotnie własnoręcznie przecinałem pępowinę. Narodziny mojego chrześniaka i córek są dla mnie wiecznie żywymi zdarzeniami. To chwile najczystszego humanizmu, które mnie ukształtowały. To przeżycia, emocje i myśli, których nie da się opisać, nie da się powtórzyć, ani nie da się zapomnieć. Przeżywałem je wspólnie z moją żoną, która w czasie porodu pierwszej córki leżała półprzytomna ze zmęczenia i bólu prosząc o znieczulenie, którego nie mogła się doczekać, bo w tym samym czasie było sześć porodów, a jedyny anestezjolog na oddziale mógł założyć znieczulenie maksymalnie u dwóch rodzących na raz. Siedziałem prawie dziesięć godzin widząc jak żona cierpi coraz bardziej, słuchając wycia kobiety rodzącej obok, która raz po raz błagała swojego partnera żeby dali jej więcej znieczulenia. Choć byłem blisko przy tych wszystkich momentach wysiłku i bólu, a także w momentach wielkiej radości po zobaczeniu ukochanego dziecka, to jednak zdałem sobie sprawę, że choćbym był najlepszym z ojców jakiego nosiła ziemia to nigdy nie donoszę i nie urodzę dziecka, nigdy nie poczuję nawet części tego, co przez całą ciążę i poród przeżywa matka.

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że nie wyobrażam sobie, że ktokolwiek mógłby decydować za kobietę o tym czy urodzić czy nie. Decyzja o macierzyństwie, ciąża, poród i to jak te zdarzenia wpływają na życie kobiety jest zbyt osobiste, zbyt indywidualne, zbyt powiązane z kobietą i jej życiem, żeby ktokolwiek inny mógł powiedzieć jej “musisz urodzić” albo “musisz przerwać ciążę”. Jest też z gruntu nieludzkie, naruszające nie tylko sferę wolności, ale i godności kobiety, której odbiera się jej naturalne prawo decyzji oddając je w ręce obcych ludzi. My, mężczyźni nigdy nie będziemy uprawnieni do decyzji o urodzeniu czy nie urodzeniu dziecka. Możemy wspierać, kochać, pomagać, troszczyć się, zapewniać, organizować, otaczać opieką, ale nigdy nie będziemy nosić dziecka pod sercem i nigdy nie będziemy rodzić, nie do nas więc należy ostatnie słowo. Nieważne czy zaplanował to Bóg, czy taki wyrok wydała natura – tego nigdy nie doświadczymy, a wszystko co przeżyjemy, choćby nie wiem jak intensywnie, będzie inne, bez porównania do tego co przeżywa matka. 

Kto was sędziami sióstr waszych uczynił?

Nie wiem czy aborcja jest ok czy nie jest ok. Czy jest ciężką, traumatyczną decyzją czy zwykłym zabiegiem medycznym. Nie mam zdania na temat cudzych aborcji, nie chcę go mieć i przede wszystkim mieć go nie muszę. Już nie. Nie jest jednak tak, że nie mam zdania w kwestii dopuszczalności prawa do przerwania ciąży. Wierzę, że każda kobieta, i tylko kobieta, powinna mieć wybór. Nie wziąłem tego z książek czy teoretycznych rozważań. Pogląd mój wyrzeźbiło życie łzami smutki i radości.

Nie ma takiego sądu, takiej sali parlamentu, nie ma takiego gabinetu, nie ma takiej izby, w której można zadecydować za kobietę czy powinna urodzić dziecko czy nie. Decyzja ta powinna na zawsze pozostać w jej rękach. Każda kobieta powinna mieć prawo podjąć ją w gronie ukochanych ludzi, w atmosferze zrozumienia, miłości i wsparcia. Żadne państwo i żadna władza nie ma moralnego prawa ingerować w tę decyzję. Ma za to obowiązek otoczyć kobietę opieką i zaoferować jej wszystko czego potrzebuje, tak by mogła  zadecydować w spokoju wiedząc, że nie zostanie do niczego zmuszona, że nie zostanie odrzucona, oceniona, czy ukarana. Kiedy dziś rozmawiam o tym z siostrą powtarza wciąż: “To był mój wybór. Wybór, nie nakaz. Każda kobieta powinna mieć swój”.

Dlatego hańba spada na wszystkich, którzy chcą naruszyć to święte kobiece prawo i z daleka, z wygodnych foteli, z sejmowych ław czy z sędziowskich tronów, ze swoich zimnych sal, ze swoich złotych pałaców, ze swoich kaplic czy salonów dyktować prawa, które odbiorą kobietom wolność i wejdą w te najbardziej ludzkie z ludzkich spraw butami policjantów, prokuratorów, polityków czy sędziów.

Hańba. Hańba. Po stokroć hańba. 

Popularne

Do góry