Opinie

Kościół odrywa się od społeczeństwa i rozdyma w mydlanej bańce

Gdyby Kościół zechciał rzeczywiście zatroszczyć się o człowieka, miast o synekury dla siebie, może nie byłby dziś własną, pokraczną karykaturą.

Czasami to aż serce pęka, kiedy się patrzy, jak polski Kościół katolicki odrywa się od społeczeństwa i rozdyma w swojej mydlanej bańce, w której żyje od dekad. Nie, żeby mnie to jakoś szczególnie martwiło, ale dla przyzwoitości i czystości sumienia, może warto by podpowiedzieć rządzącym, żeby zwrócili kościelnym hierarchom uwagę, że król jest nagi, stary, gruby i obleśny.

Kompletnie nieatrakcyjny. Zwłaszcza dla młodych. Starzy mają świadomość, że czas obszedł się z nimi różnie, i sutanna potrafi ukryć sporo, ale dla młodzieży to dziś żadna okoliczność łagodząca. Czy to ksiądz, czy katecheta, czy pan od fizyki, wszyscy oni mogą być nudni jak flaki z olejem, a z ich lekcji można wynosić co najwyżej hemoroidy. Nie dziwią więc statystyki, z których dowiadujemy się, że młodzież szkolna i licealna masowo wypisuje się z lekcji religii. W Warszawie tylko od września na Woli z lekcji religii wypisało się ponad 900 uczniów. Na Pradze-Południe – ponad 700, na Białołęce – ponad 500, na Ursynowie – ponad 300.

O ostatnim exodusie młodych katolików z lekcji katechezy poinformowała na dniach jedna z kieleckich gazet. Z danych Urzędu Miasta wynika, że skala tego zjawiska jest naprawdę ogromna. Spośród prawie 6,5 tys. licealistów z udziału w lekcjach religii zrezygnowało już ponad 2 tys. uczniów. Z kolei w kieleckich szkołach podstawowych z lekcji religii rezygnuje niewielu uczniów. Czemu tak się dzieje? A no bo w ogólniaku można już decydować o sobie, a w podstawówce jest wszak komunia i bierzmowanie, a bez tego ksiądz nie dopuści do ołtarza na ślub czy chrzciny, a to przecież taka ładna uroczystość. Biały welon, organy, schludnie to wygląda na pamiątkowym obrazku. Czysty pragmatyzm. Czy Kościół dostrzega ten rozdźwięk?

Skłamałbym, gdyby napisał że nie. Są w zawodzie księża i katecheci, którzy doskonale wiedzą, że piątkami i dwójkami miłości do Pana Boga nauczyć nie sposób. Wiedzą też, że programy katechez są tak skonstruowane, że prócz nauki pacierzy, ciężko jest znaleźć czas na to, czego młody człowiek dziś w wierze poszukuje. Trudno też im odpowiadać na coraz trudniejsze pytania, a częstokroć, trudno też bronić swojej własnej wiary, crosowanej z praktyką codzienności. Co bardziej wrażliwy mógłby się zasromać, że być może lekarstwem na bolączki katechetów mogłaby być zmiana podejścia w metodyce przedmiotu; z bogobojnej oazy na swobodną wymianę myśli, w kierunku poznania innego, nie tylko katolickiego, punktu widzenia na świat, rolę człowieka, zło czy dobro.

Nic bardziej mylnego. Nie tak dawno temu, arcybiskup katowicki Skworc, na spotkaniu z nauczycielami wyznającymi katolickie wartości, zaapelował do rządzących, aby lekcje religii były obowiązkowe. I już. Problem rozwiązany. Młodzi nie chcą chodzić na religię-no to od dziś nie będą mieli wyjścia. Pan Bóg tak mocno Was ukochał, że nie możecie odrzucić tej miłości, a my Wam to zapewnimy. Mamy do tego przychylnych urzędników, a jak oni nie pomogą, to Armię Boga, znaczy Ordo Iuris i Kaję Godek.

Ale oczywiście, trzeba kuć czerwone, póki gorące i iść za ciosem. W trakcie ostatniej pielgrzymki parlamentarzystów polskich na Jasną Górę, mszy św. przed Cudownym Obrazem Matki Bożej przewodniczył abp Wacław Depo, który chwalił wprowadzony ostatnio w Polsce przez rząd PiS zakaz wykonywania aborcji w przypadku, gdy istnieje duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenie płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. A potem się towarzystwo nie może nadziwić, że młodzi protestujący nie mają respektu dla świętości i malują sprejem po plebaniach. Wstyd i obraza boska. Gdyby jednak częściej młodzieży i dzieciom mawiać na religii, kiedy jeszcze na nią chadzały, że to ludzie są Kościołem, a nie budynki, pałace i spiżowe bramy, to może coś by z tego wyszło. Gdyby Kościół zechciał rzeczywiście zatroszczyć się o człowieka, miast o synekury dla siebie, może nie byłby dziś własną, pokraczną karykaturą.

Idąc w stronę bazyliki św. Piotra ulicą Via Conziliazione, parę lat temu, wdepnąłem w ludzką kupę. Skąd wiem, że w ludzką? Po prostu wiem. Nieopodal, w podcieniach, dostrzegłem śpiącego na kartonach bezdomnego. Kupa mogła należeć do niego, ale równie dobrze, do innego z setki żebraków koczujących w arkadach przy bazylice i wzdłuż ulicy doń prowadzącej. Nie było nań wolnej przestrzeni, której by nie zagospodarowali. Dziwić to jednak nie powinno. Biedacy byli na świecie od zawsze. Zawsze też, na odpustach czy po sumie, żebrali pod kościołami. I choć czasy się zmieniły, ludziom w Europie żyje się dostatniej i dłużej, to żebracy nadal są pod Kościołem i długo jeszcze pod nim pozostaną. A młodzi ludzie mają oczy i mózgi i potrafią z nich korzystać. Nawet bez nieobowiązkowych jeszcze katechez.

Popularne

Do góry