Opinie

O tym, jak szlachcic wywołał rabację

wPunkt
O tym, jak szlachcic wywołał rabację

Konflikt klasowy stałby się kategorią metafizyczną, moglibyśmy bez poczucia żenady rozmawiać o chłopskiej mentalności.

fot. wikicommons/ redakcja

Radosław Rak w “Baśni o wężowym sercu” psychologizuje pozycje klasowe i czyni z podległości oraz sprawczości immanentne cechy podmiotów reprezentujących chłopstwo i szlachtę. Czytelnik w pierwszym odruchu może sympatyzować z tym sposobem przedstawiania: trudno przecież zaprzeczyć, zwłaszcza dziś, że sytuacja społeczno-ekonomiczna jednostki ma wpływ na jej dyspozycje psychologiczne.

Powieść Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli Radka Raka jest fantastyczną (w sensie gatunkowym) wariacją na temat życiorysu przywódcy rabacji galicyjskiej. Głosy krytyczne pojawiające się wokół tej powieści musiały więc, przynajmniej w ograniczonym zakresie, odnosić się do problemów klasowych. Niektóre – jak ten Jarosława Czechowicza – wykazywały się ich spektakularnym wręcz niezrozumieniem. Bloger prowadzący Krytycznym okiem opisywał konflikt klasowy zupełnie tak, jakby mowa była o dwóch grupach, które po prostu nie potrafią się dogadać i razem stworzyć różnorodnego społeczeństwa („społeczny podział na panów i chamów owocujący krwawą rewolucją”). Inne recenzje – jak ta Stanisława Krawczyka opublikowana na łamach „Małego Formatu” – sprawnie rekonstruowały fabułę, zwracając uwagę na istotne detale służące sportretowaniu klasowych nastrojów i motywacji. W tekście Rany od pokoleń niewylizane Krawczyk podkreślał wagę powieściowych scen obrazujących wyzysk chłopów, a także tych skupionych na ukazaniu głupiej nieświadomości ich panów. Zauważył ponadto, że w ogólnej wymowie powieść Raka „podkreśla raczej trwałość porządku społecznego niż dokonujące się w nim przeobrażenia” a, jak sądzę, najistotniejszy wniosek płynący z jego recenzji, brzmiał: „[w Baśni…] pojedynczy bohaterowie próbują wprawdzie coś zmienić, lecz ich starania mają zwykle zasięg jednostkowy. Nie są działaniami zbiorowymi, toteż nie mogą być skuteczne”.

Dlaczego jednak ta powieść, oparta na historii chłopskiego zrywu, jest – jak pisze Krawczyk – „jednostkowa”? Dzieje się tak najprawdopodobniej ze względu na sposób, w jaki rozmieszczone zostały soczewki narracyjne. Sam pisarz przyznaje w wywiadach i na spotkaniach autorskich, że początkowo interesowała go opowieść pisana z perspektywy chłopów. „Chciałem napisać właśnie o tym szlachetnym zrywie chłopskim, i o tym, że bici biją, i zrobić trochę takie Django” – opowiadał na spotkaniu w ramach Forum Młodej Literatury w Łodzi. Z kolei w wywiadzie dla „Wyborczej” dodawał: „Kiedy jednak zagłębiłem się w opracowania i materiały źródłowe, zrozumiałem, że nie mogę napisać czegoś takiego, bo musiałbym kłamać. Wiedziałem też, że należy zerwać z literaturą dworku modrzewiowego i z całą mitologią szlachecką, bo tam również nie znajdę prawdy. Potrzebowałem innej drogi”. Poszukiwania pisarskiej trzeciej opcji doprowadziły autora do nieplanowanej innowacji fabularnej, która właściwie ufundowała całą powieść, jednocześnie ujawniając prawdopodobnie nieuświadomiony przez samego autora ideologiczny wydźwięk utworu. Otóż w kulminacyjnym momencie opowieści w wyniku skomplikowanych praktyk magicznych Jakób Szela i jego znienawidzony pan, Wiktoryn Bogusz, zamieniają się ciałami. Jest to jednak zamiana o niejasnych konsekwencjach: bohaterowie z jednej strony zachowują świadomość swoich dawnych postaci, z drugiej zaś – „przesiąkają” niepełną wiedzą na temat swoich nowych życiorysów. (Jakób Szela w ciele Wiktoryna Bogusza pamięta zarówno swoją historię, jak i spore części życia szlachcica. Jest w stanie odtworzyć część jego umiejętności, takich jak czytanie i pisanie, nie przejmuje jednak jego cech charakteru, nie zatraca też świadomości własnych chłopskich korzeni. Podobnie dzieje się w przypadku Bogusza umieszczonego w ciele Szeli.)

Ten fundacyjny dla powieści zabieg otwiera wiele możliwości narracyjnych. Główni bohaterowie Baśni… muszą zderzyć się z warunkami życia, które wcześniej były dla nich niewyobrażalne. Szok, który towarzyszy przemianie, jest początkowo skutecznym filtrem dla narracji opowiadającej o standardach życia chłopa i szlachcica: wyostrza różnice między codziennym funkcjonowaniem jednego i drugiego, każąc spojrzeć na nie z zupełnie obcej perspektywy. Dzięki temu niejako w tle opowieści majaczy przekonanie o absurdzie wyzysku – jest to teza nie tyle otwarcie tematyzowana, co raczej wynikająca narracyjnie w oczywisty sposób z owej „zamiany ról”. Zdaje się, że właśnie dlatego część najważniejszych krytyków (z Przemysławem Czaplińskim na czele) docenia w powieści Raka rezygnację z chęci reprodukowania „czarnej” lub „białej” legendy Jakuba Szeli. (W tym miejscu pewnie należałoby zapytać: jak niskie mamy oczekiwania wobec wydźwięku ideologicznego dzieł literackich, jeśli do zachwytu wystarczy nam, by stroniły od tendencyjnej jednoznaczności? Zostawmy jednak to pytanie na później.)

Jak słusznie zauważa w swojej recenzji Paweł Kozioł, chyba najsprawniej wychwytujący zasadnicze dla powieści znaczenie zabiegu odwrócenia ról:

obydwaj główni antagoniści przejawiają potrzeby i motywacje zarówno „chamskie”, jak i „pańskie”. Chyba właśnie dlatego konflikt między nimi staje się nierozstrzygalny. (…) Książka doskonale ilustruje pomieszanie opinii o samym sobie, statusów społecznych, a zwłaszcza nadbudowywanych nad tym wszystkim opowieści.

To skupienie na wewnętrznych, psychologicznych mechanizmach rządzących Wiktorynem Boguszem i Jakóbem Szelą, stało się jednak w Baśni o wężowym sercu pułapką, w wyniku której znacznie ucierpiała wizja historii, co szczególnie widać pod koniec opowieści. Rak psychologizuje bowiem pozycje klasowe i czyni z podległości oraz sprawczości immanentne cechy podmiotów reprezentujących chłopstwo i szlachtę. Czytelnik w pierwszym odruchu może sympatyzować z tym sposobem przedstawiania: trudno przecież zaprzeczyć, zwłaszcza dziś, że sytuacja społeczno-ekonomiczna jednostki ma wpływ na jej dyspozycje psychologiczne, a także na jej własne przekonania o miejscu, jakie zajmuje w historii. W Baśni o wężowym sercu Rak poświęca temu zagadnieniu wiele miejsca. Kiedy w pierwszej części powieści młody Jakób Szela postanawia wziąć na siebie cięgi przeznaczone jego nieformalnemu opiekunowi, Staremu Myszce, czytamy:

– Dlaczego chcesz brać na siebie cięgi starego?

Różnie potem powiadano, co Kóba odrzekł był panu Wiktorynowi. W niektórych tych opowieściach pan poznali krnąbrnego chłopa, którego kazali wychłostać latem, i zlękli się go. W innych Jakób w twardych słowach wytknął panu Boguszowi bezduszność i krzywdzicielstwo. W jeszcze innych Kóba rozdarł koszulę, nadstawił grzbiet i rzekł jaśniepanu:

– Chłoszczcie, nuże, a kija nie żałujcie.

Ale to są wszystko opowieści spisane potem przez panów i dla panów, bo to panowie wygrali historię i napisali ją dla siebie. W tych opowieściach Kóba też jest panem i myśli jak pan, chociaż nosi chłopską sukmanę.

A tak naprawdę Kóba nic nie odrzekł, spuścił jeno łeb i czekał. Koszuli nie rozdarł, bo koszula cenna rzecz i byłoby szkoda. Taki jest bowiem los chamów wszystkich czasów: spuścić łeb i nie dyskutować ani z panami, ani z bogami, ani z żadnymi mocami tego świata, i przyjąć w milczeniu wszystkie kije tego świata, bo inaczej się nie da.

Trudno protestować przeciwko takiemu opisowi – świetnie oddaje on bowiem wzajemne powiązanie kilku elementów: odzierającej z dumy świadomości tego, jak nieopłacalne może być demonstrowanie własnej godności i jak bolesne może okazać się jej posiadanie, a także całego mechanizmu uwewnętrzniania przekonań wypływających z tej (do pewnego stopnia pragmatycznej – bo wynikającej z krótkoterminowej, indywidualnej kalkulacji) podległości. W innym miejscu powieści to samo przekonanie wybrzmiewa za pomocą wyrażonego w mowie pozornie zależnej przemyślenia Wiktoryna Bogusza zadomowionego już w ciele Jakóba Szeli: „pan nigdy naprawdę nie schamieje, a cham nie będzie panem”. Dla każdego z antagonistów w powieści ta zależność jest jasna i zasadniczo niepodważalna. Bogusz w chłopskim ciele nie ma żadnych wątpliwości, że jego „prawdziwe ja” powiązane jest ze szlacheckim życiorysem. Z kolei Szela długo czuje się niedostosowany do pańskiej roli, nie na miejscu. Za wizją przedstawionego w Baśni o wężowym sercu świata stoi przekonanie o klasie jako o kategorii w pierwszej kolejności psychologicznej: interioryzowanej tak mocno, że nawet zmiana faktycznej pozycji klasowej – i to na drodze magicznych zabiegów – nie może wpłynąć w drastyczny sposób na to, do jakiej klasy jednostka “tak naprawdę” przynależy. W kontekście całej powieści przekłada się to na dziwną i problematyczną wizję jednostkowej sprawczości.

Proces godzenia się z chłopską niemocą został opisany przez Złego Człowieka – pustelnika, bohatera osobnego, niejednoznacznego w ocenie, ale niekiedy sprawującego w narracji Raka rolę dysponenta prawd rządzących rzeczywistością:

Chamem rzuca i miota przez całe jego życie. Cham to liść na wietrze, słomiany chochoł, fala na powierzchni stawu. Możliwe, że z panami i wiedźmami jest tak samo, ale udają, że jest inaczej, że to oni dosiadają wiatru jak narowistej kobyły i każą mu wiać, gdzie sami zechcą; nie wiem, nigdy nie byłem panem ani czarownikiem. Czasami jednak, kiedy jestem tak pijany, że aż trzeźwy, jawi mi się w tym bezsensie jakiś sens, niepewny jak nić babiego lata. Gryzie mnie on i nie daje spokoju. Wtenczas chwalę Boga, który raz chyba jest, a raz go nie ma, że stworzył mnie chamem i chamski kazał wieść żywot. Bo kiedy pozwalasz, by wiatr tobą targał, gdy sam staniesz się targaniem, to nie jesteś już liściem, lecz kamieniem, a kamień jest stworzeniem doskonałym i nie porusza go nic.

Pustelnik – postać ciesząca się szczególnymi względami narratora ze względu na swoje zdystansowanie od reszty społeczności oraz z uwagi na status „głupiego mędrca” – poucza zatem Szelę, jak należy reagować na bezradność. Jego recepta rzecz jasna obejmuje pogodzenie się z losem, przyjęcie swojej sytuacji z dobrodziejstwem inwentarza, a zatem – ostateczne, pozbawione złudzeń uwewnętrznienie przekonania o własnym braku sprawczości.

Jest to lekcja, której Szela – jak wynika z fabuły powieści – nie odrobił w należyty sposób (dąży do tego, by stać się szlachcicem). Z drugiej jednak strony słowa Złego Człowieka do pewnego stopnia wrosły w Kóbę już na zawsze: były przecież jedynym tak bezpośrednim potwierdzeniem dotychczasowych przekonań Szeli o tym, co znajduje się w zasięgu jego możliwości, a co – poza nimi. Dlatego nawet po osiągnięciu zamierzonego celu – gdy znalazł się już na miejscu i w ciele Wiktoryna Bogusza – Kóba wciąż odczuwał świat z niepokojem: „Wszystko wokół zdawało się na niego patrzeć, patrzeć drwiąco i nieprzyjaźnie, jakby wiedziało dobrze, kim jest: nie prawdziwym panem na Siedliskach i półtuzinie okolicznych wiosek, tylko zwykłym chamem, zaklętym czarodziejskim sposobem w pana”.

Podobnie ma się sprawa ze szlachcicem, który nagle znalazł się w ciele Szeli. Po przemianie nadal wierzy w to, że w gruncie rzeczy jest panem – sądzi jedynie, że jego życiowa sytuacja uległa czasowej komplikacji. Bogusz w ciele Szeli nie ma problemu z dopominaniem się o własne prawa. Nie brakuje mu także pewności siebie, co z kolei owocuje ponownym uwiedzeniem Malwy (lub kobiety, którą bohaterowie biorą za Malwę – rusałkę odgrywającą ważną dla rozwoju fabuły rolę w pierwszej części powieści).

Linia sporu o kobietę jest zresztą znacząca. Tajemniczą dziewczynę poznajemy na początku powieści, gdy romansuje z młodym Szelą. Później jednak odchodzi do Bogusza, w następujący sposób tłumacząc pierwszemu kochankowi powód swojej zdrady: „On ma siłę (…). On ma moc. Kiedy mówi, inni słuchają. A ty? Ty jesteś piękny, ale on też nie jest brzydki. Co ty możesz mi dać, czego on nie jest w stanie?”. Od tego momentu niemalże cały konflikt na linii „chłop – jego pan” jest przedstawiany jako rywalizacja o kobietę. Znamienne pozostaje to, że Szela, mimo uzyskania statusu szlachcica i znalezienia się w pańskim ciele, nie odzyskuje swojej dawnej kochanki. To Bogusz – mimo chamskiego żywota – ostatecznie jest zwycięzcą w tej rywalizacji. To on uwodzi Malwę ponownie, przywozi ją do swojego domu i obiecuje jej, że „zostanie panią na dworze”. Kiedy jego żona, Sława, pyta zdziwiona: „Dworze? Jakim, stary, dworze?”, ten odpowiada bez wahania: „Moim dworze”. O Siedliskach myśli bowiem jak o swojej własności – jest gotów walczyć, by ją odebrać.

Ostateczna konfrontacja sprawczej szlacheckiej duszy uwięzionej w chłopskim ciele z bierną duszą chamską, acz ubraną po szlachecku, następuje w czasie dożynek. Wtedy właśnie po kłótni w karczmie Bogusz w ciele Szeli ma zostać skazany przez swojego pana i powieszony za „gwałt publiczny”. Jesteśmy blisko rozwiązania, które zapewniłoby głównemu bohaterowi spokój i przypieczętowałoby status quo w Siedliskach i, pewnie, w całej Galicji. Niepokorny chłop, a tak naprawdę butny szlachcic tylko na chłopa wyglądający, zostałby powieszony, zaś Szela w ciele Bogusza, który w „poprzednim życiu” doświadczył zbyt wielu upokorzeń ze strony swojego pana, mógłby do końca życia zajmować jego miejsce. Sprawiedliwości, na poziomie jednostkowym, stałoby się zadość. Znów jednak dochodzi do magicznej interwencji. Ni stąd, ni zowąd nad uchem Szeli-w-ciele-Bogusza pojawia się Sława, dawna kochanka Jakóba i czarownica spiskująca obecnie wraz z czartami przeciwko głównemu bohaterowi. Podszeptuje mu zachętę: „skończ tę baśń, rozprosz wężowy czar, niech jeden umrze a drugi zostanie, wszystko wróci na swoje miejsce” i tym samym zasiewa w głowie bohatera wątpliwość. Od tej pory „jaśniepan nie wiedzą, co się stanie, gdy powieszą Szelę. Czy wtedy prawdziwy Wiktoryn Bogusz wrócą na swoje miejsce, a on, prawdziwy Jakób Szela, zawiśnie na stryku, wierzgnie nogami, zmoczy spodnie, pochowają go jako zbója poza obrębem cmentarza, ciało zgnije, a wężowe serce wróci do podziemnego świata? Los, przed którym uciekał, odnajdzie go i chwyci w szczęki niczym pająk, wyssie do reszty i nic już potem nie będzie?”. „Nieprawdziwy” szlachcic okazuje się nie mieć w sobie wystarczająco dużo pewności siebie, by zakończyć żywot swojego antagonisty. Jest niepewny, boi się przyszłości – zakłada, że nie znajduje się ona w jego rękach, że jest zależna od czaru, który doprowadził go do obecnego miejsca.

Co innego „nieprawdziwy” chłop. Bogusz-w-ciele-Szeli od czasów niedoszłej egzekucji poczyna sobie coraz pewniej. Szykuje się, by odebrać to, co mu należne. W przededniu rabacji deklaruje: „płaszczył się przed nikim nie będę. Ani przed panem, ani przed księdzem. Skończyło się”. To, co dzieje się później, nie wymaga detalicznego streszczenia. Dochodzi do rzezi, której widmo z oczywistych względów wisiało nad całą powieścią Raka. Została ona opisana możliwie neutralnie: autor starał się sportretować słuszne motywacje chłopów, ale także okrucieństwo samego przebiegu zrywu. Zresztą za to właśnie Baśń o wężowym sercu była niejednokrotnie chwalona (Czapliński pisał, że jest to narracja „dla czytelnika, którego Rak sobie wyobraził jako odbiorcę szukającego niezależności od prawej i lewej strony”). Niezwykłą zaletą książki ma być fakt, że autor nie zdecydował się na jednostronną narrację, która wybielałaby obraz buntowników i ujednoznaczniała ocenę moralną tego wydarzenia historycznego. Sam Rak zresztą twierdzi, że z zarzutami o – jak możemy się z jego wypowiedzi jedynie domyślić – niewystarczającą prochłopskość i prawomyślność klasową jego ostatnia książka już się spotkała: „Zdarzały się zarzuty w stosunku do Baśni… o pewne rzeczy, które nie mogły po prostu zostać wypowiedziane inaczej, bo wtedy bym skłamał i zrobiłbym rzecz, która byłaby niehistoryczna”. W tym sensie należy oddać autorowi sprawiedliwość: przez większą część powieści stara się być możliwie jak najwierniejszy źródłom. Widać to nie tylko w skali makro (niemożliwość napisania o rabacji „galicyjskiego Django”), ale i w detalach – tam, gdzie pojawiają się konkretni bohaterowie historyczni z niemal przepisanymi ze źródeł wypowiedziami.

I oczywiście należałoby Rakowi przytaknąć: zarzut niewybielania historii nie jest żadnym zasadnym zarzutem. To, co było możliwe w pierwszym Słowie o Jakubie Szeli, do którego nawiązuje autor Baśni…, było możliwe między innym ze względów formalnych. Bruno Jasieńki mógł posłużyć się wyrazistą, rewolucyjną figurą w poemacie – gdyby jednak próbować przełożyć ją na możliwości narracyjne powieści, musiałoby to najpewniej zakończyć się fiaskiem. I rezultatów tych prób nie nazwalibyśmy ani postępowymi, ani interesującymi politycznie. Zarzuty wobec Baśni… nie powinny więc koncentrować na „nieprawomyślności” przekazu powieści. Nie chodzi o to by w zabiegach uniejednoznaczniających obraz dobrych chłopów i złej szlachty dostrzegać wadę tekstu. Problem polega jednak na tym, że fundacyjny zabieg formalny wykorzystany przez autora ma niebagatelny wpływ na portrety psychologiczne jego bohaterów, a tym samym – na całą wizję historii i sprawczości politycznej, jaką da się wyczytać z powieści Raka. Pod koniec utworu wydarza się przecież rzecz niby przewrotna, ale jednak będąca logiczną konsekwencją wcześniejszych zwrotów akcji: Bogusz w ciele Szeli wywołuje chłopski bunt i można odnieść wrażenie, że jest to możliwe jedynie dzięki jego w gruncie rzeczy szlacheckiemu wnętrzu. W końcu „pan nigdy naprawdę nie schamieje, a cham nie będzie panem”. Paradoksalnie, to szlachecka buta i pańska pewność siebie umożliwiają materializację chłopskiego gniewu. To odwrócenie nie stanowi jedynie zwykłej niekonsekwencji fabularnej – jest potwierdzeniem wizji historii, w której sprawczość może znajdować się jedynie w ręku klas posiadających. I to nie tylko ze względu na ich strukturalne i ekonomiczne możliwości, lecz dzięki dyspozycjom psychicznym. Gdyby diagnozę tę pociągnąć do końca, konflikt klasowy stałby się kategorią metafizyczną, moglibyśmy bez poczucia żenady rozmawiać o chłopskiej mentalności.

Radosław Rak w Baśni o wężowym sercu odpodmiotawia chłopów, odbierając im polityczną sprawczość. Historia rabacji jest po prostu historią wyjątkowej jednostki, która prowadzi za sobą tłum. Co gorsze – jednostki, która posiada moc sprawczą tylko dlatego, że przywykła do niej w czasie swojego szlacheckiego życia. Świat, który opisuje Rak, to świat, w którym prawdziwa rabacja galicyjska nie mogłaby się wydarzyć, ponieważ prawdziwi chłopi – nie tacy magicznie oszukani jak Bogusz w ciele Szeli – nie mieliby umiejętności wyobrażenia sobie tego, że sięgają po rzeczy im należne. Tym bardziej – nie byliby w stanie po nie faktycznie sięgać.

Artykuł pierwotnie ukazał się na łamach Praktyki Teoretycznej. (CC-BY-NC-SA 4.0)

Popularne

To Top