Kultura

Ojciec Russell od Diabłów

wPunkt
Ojciec Russell od Diabłów

Po 50 latach od premiery Diabłów, film dalej wzbudza uznanie i kontrowersje. Z każdym rokiem zaś, coraz bardziej zyskuje na znaczeniu.

fot. Superficial Gallery

16 lipca mija 50. rocznica premiery Diabłów w reżyserii brytyjskiego reżysera, Kena Russella. Z dzisiejszej perspektywy film ten zdaje się mieć wymiar symboliczny – fiński urząd cenzorski nie zezwalał na jego pokazy do 2001 roku,  a dyskusje dotyczące warstwy religijnej wciąż angażują miłośników kina.

Mało który obraz brytyjskiego mistrza kina spotkał się z tak dużą krytyką przy premierze, jak właśnie Diabły. Roger Ebert, dziś uważany za jednego z ojców chrzestnych krytyki filmowej, na łamach Chicago Sun-Times wystawił mu ocenę 0 na 5 możliwych do zdobycia gwiazdek. Charles Champlin, również bardzo uznany recenzent nazywał film „antyludzkim”, krytykując radykalny antyklerykalizm, jakim się odznacza. Wiele środowisk kościelnych zachęcało nie tylko do bojkotu, ale nawet zakazu wyświetlania produkcji w kinach.

Ci, którym Diabły przypadły do gustu, doceniali głównie groteskowość i baśniowość w przedstawieniu historii przez autora. Znakomitą robotę odegrała w tym filmie scenografia, za którą odpowiadał Derek Jarman. 17 lat później również zaszokował brytyjską publiczność tworząc autorską i bardzo kontrowersyjną opowieść o historii tego wyspiarskiego narodu – Ostatni Anglicy.

Mimo tak skrajnych reakcji sprzed 50 lat, dziś dzieło Russella uważa się za jedno z najlepszych w jego karierze, co nie jest naciąganym stwierdzeniem. Reżyser zademonstrował w nim bowiem bardzo prowokacyjny, pornograficzny wręcz, obraz obłudy kościelnych hierarchów. Mimo to, raczej trudno nazwać Diabły filmem antyreligijnym. Wiara jest tu potraktowana bardzo pretensjonalnie, ale także obrazowo – przy pisaniu scenariusza Russell inspirował się nie tylko dziełami Aldousa Huxleya i Johna Whitinga, ale także Starym i Nowym Testamentem. Erotyzm kipiący z ekranu zdaje się być tu przykrywką dla bardzo nieodkrytego wciąż zjawiska supresji naturalnych ludzkich popędów przez dogmaty wiary obecne w filozofii zachodniej.

Ojciec Russell od Diabłów
Diabły (1971), źródło: OPIUM

Diabły traktują o XVII-wiecznej Francji. Przenoszą widza do czasów, w których wpływ kardynała Richelieu na króla Ludwika XIII wzrasta, a ten drugi staje się coraz słabszy politycznie. Uniwersalistyczna problematyka konfliktu pomiędzy władzą świecką, a duchową, ma tu wymiar bardzo bezpośredni. O wiele ważniejszy zdaje się być wątek guślarstwa i czarnej magii.

Poza rosnącym wówczas w siłę w całej Francji  ruchem protestanckim, kwitło również zainteresowanie czarodziejstwem. Przedstawione w dramacie Whitinga, a później zekranizowane w Diabłach opętania w Loudun zwane po francusku Affaire des possédées de Loudun, pozwalają na osadzenie wszystkich historii w odpowiednim miejscu i czasie. Zdecydowanie ułatwia do odbiór dzieła, gdyż symbolizm, na jaki stawiała ekipa produkcyjna nie przedstawia niczego wprost.

Ojciec Russell od Diabłów
Diabły (1971), źródło: Movies Counter

Ken Russell nie zdecydował się na ukazanie linii fabularnej w sposób typowy dla dramatów historycznych. W Diabłach, każda scena jest osobną nowelką, która otwiera przed widzem kolejne wątki. Podobny zabieg zastosował później Paul Thomas Anderson w swojej Magnolii (1999). Aby nie pogubić się w morzu odniesień, reżyser wymaga od oglądającego całkowitego skupienia i uwagi, które, naturalnie, finalnie wynagradza. W zamian oferuje bowiem prawdopodobnie najbardziej perwersyjną z ekranizacji prozy Huxleya, która i tak, sama w sobie, jest wybitnie nadrealistyczna. To właśnie na podstawie The Devils of Loudun brytyjskiego pisarza oraz teatralnej adaptacji, którą w 1961 zaprezentował w teatrze szekspirowskim wspomniany wcześniej John Whiting, powstał scenariusz do Diabłów.

Film zawiera wiele elementów gore, pornograficznych scen oraz treści niezgodnych z nauczaniem Kościoła katolickiego. Na zarzuty deprecjacji osiągnięć chrześcijaństwa Russell odpowiadał, że nigdy nie chciał tworzyć kina religijnego, a tym bardziej przychylnego Kościołowi. Najważniejszą bohaterką w całej historii jest siostra zakonna Jeanne des Anges, znana również jako Jeanne de Belcier. Kobieta ta jest postacią historyczną. W roku 1634 została spalona na stosie. Stawiano jej zarzuty władania czarną magią, której nauczyć miała się od samego szatana podczas opętania. Russell nadał historii siostry Jeanne bardzo psychoanalitycznego znaczenia. Zniewolenie lucyferowe zastąpił seksualnym. Odpowiedzi na pytanie kim są tytułowe diabły jednak nie udziela i to właśnie ten fakt czyni film wyjątkowym – widz, na podstawie własnych doświadczeń musi sam wydedukować komu można wierzyć, a od kogo należy trzymać się z daleka.

Ojciec Russell od Diabłów
Diabły (1971), źródło: IndieWire

Efekt prac zespołu produkcyjnego jest fascynujący. Diabły ogląda się niczym spektakl teatralny, w którym każdy ruch, każda wypowiedź była ćwiczona co najmniej kilka lat. Naprawdę wybitną pracę wykonali scenografowie, choreografowie i operatorzy. Za kamerą stanął David Watkin, znany również z pracy przy Pożegnaniu z Afryką (1985) Sydneya Pollacka, za którą otrzymał Oscara w kategorii Najlepsze zdjęcia. Styl Watkina porównywany bywa do twórczości niderlandzkiego malarza Jana Vermeera. Podobnie jak Holender, brytyjski operator filmowy uwielbia eksperymentować ze światłem i cieniem, co zresztą zademonstrował w Diabłach.

Wraz z rozwojem przemysłu filmowego i digitalizacji, film Russella zyskał drugie życie. Bardzo dużo emocji wzbudzała premiera Diabłów na nośnikach fizycznych. Z niektórych kopii wycięto bowiem sceny najbardziej obrazowo przedstawiające stosunki seksualne i inne, kontrowersyjne sekwencje. Ostatecznie, na rynku istniało kilka wersji tej produkcji, które różnił metraż – niektóre miały po 105 minut, a inne 111. To właśnie ta druga pokazywana była w brytyjskich kinach. Amerykanie mogli zobaczyć wersję o trzy minuty krótszą.

Ojciec Russell od Diabłów
Diabły (1971), źródło: OPIUM

Powracając do tematyki Diabłów, dobrze jest skonfrontować ją z jednym z największych dzieł polskiej kinematografii – Matką Joanną od Aniołów (1961) w reżyserii Jerzego Kawalerowicza. Filmy te bardzo wiele różni, ale także sporo łączy. Kawalerowicz, któremu przy pisaniu scenariusza pomagał Tadeusz Konwicki, zdecydował się na skupieniu uwagi widza przede wszystkim na warstwie fabularnej. Russell wraz z asystującym mu Jarmanem wydobyli z historii drugą warstwę – tę audiowizualną. Ci, którzy obejrzeli Matkę Joannę od Aniołów, zapewne kojarzą spokojne, ascetyczne, finezyjne wręcz ruchy kamery, za którą stanął Jerzy Wójcik. W Diabłach, operator zerwał z intymnością i nadał produkcji o wiele żywszego i bardziej intensywnego charakteru.

Oba filmy zdają się tworzyć całość, dopełniając się wzajemnie. Zarówno Kawalerowicz, jak i Russel, traktują bowiem o cierpieniu, jakiemu stawiać czoła musi każdy wierzący podczas życia na ziemi. Wieczna egzystencja, choć oczywiście, zdaje się być pocieszeniem, dla wielu jest jednak perspektywą niezwykle odległą. Diabły i Matka Joanna od Aniołów to dwa, najwybitniejsze moim zdaniem próby ukazania tego ciężaru spoczywającym na wiernych, o którym pisano już wcześniej w Biblii. I choć Russell zdawał się odżegnywać od religijnej otoczki, jaką wytworzył wokół swojego opus magnum, to nikt w historii X muzy nie przedstawił zniewolenia w sferze profanum tak dobrze, jak on.

Fragmenty tekstu pierwotnie ukazały się na łamach pelnasala.pl

Ojciec Russell od Diabłów
plakat filmu Diabły (1971), źródło: IMDb

Popularne

To Top