Opinie

Ujawniliśmy powiązania Protasiewicza z neonazistami i zrobilibyśmy to ponownie. Oto dlaczego

Ujawniliśmy powiązania Protasiewicza z neonazistami i zrobilibyśmy to ponownie. Oto dlaczego

Czy porwanie jednego, relatywnie mało znaczącego, aktywisty jest w stanie wetknąć kij w szprychy ogromnemu ruchowi opozycyjnemu, który od miesięcy toczy się przez Białoruś? Oczywiście, że nie i Łukaszenka o tym wiedział.

Protasiewicz w mundurze pułku Azov. fot. tt / Reveal Disinfo

Nie cichną echa po tym, jak wPunkt opublikował artykuł Julii Wójcik “Protasiewicz był członkiem pułku “Azow”, blisko powiązanego z neonazistami”. Przed publikacją artykuł trafił na moje biurko jako redaktora naczelnego serwisu. Tekst przyjąłem, zaakceptowałem do publikacji i zrobiłbym to ponownie. Jeżeli chcemy rewolucji, to musimy się skonfrontować z prawdą na jej temat. 

Pamiętam doskonale wywiad z Radkiem Sikorskim sprzed paru lat, w którym tłumaczył kim tak naprawdę jest Łukaszenka. Okazuje się, że lider ostatniej dyktatury w Europie w swoich działaniach politycznych nie jest żadnym wariatem, ani psychopatą. Jest za to doświadczonym i racjonalnym graczem, który doskonale zna tajniki europejskiej dyplomacji i wzajemnych interesów swoich sąsiadów. W cyniczny i wyrachowany sposób wykorzystuje swoje umiejętności, wiedzę wywiadu i różnego rodzaju triki wyciągnięte prosto z podręcznika KGB, aby utrzymać siebie i swój reżim przy władzy. Roman Protasiewicz jest instrumentem w jego grze. 

Prezydent Białorusi raz po raz, bardziej lub mniej skutecznie, rozgrywa Putina albo Zachód. Od lat, ku wielkiej złości jednej i drugiej strony, lawiruje pomiędzy Rosją i Europą, zdając sobie doskonale sprawę, że zbytnie zbliżenie czy to do jednych, czy do drugich, byłoby katastrofalne dla utrzymania swojej autorytarnej władzy. Idea, że Łukaszenka jest jakimś przyjacielem i wiernym sługą Putina, od lat propagowana przez polskie media głównego nurtu, ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Relacje na linii Mińsk-Moskwa są przepełnione wzajemną nieufnością i licznymi konfliktami. 

Ale powróćmy do Protasiewicza. Łukaszenka nie jest naiwny i z pewnością wiedział dokładnie czym się dla niego skończy porwanie polskiego samolotu i uprowadzenie z pokładu opozycyjnego aktywisty. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że Unia Europejska nie poczyniła żadnych kroków, które mogłyby zaskoczyć kogokolwiek kto śledzi historię sankcji nakładanych przez Zachód. A taką osobą jest zapewne Łukaszenka.

Czy porwanie jednego, relatywnie mało znaczącego, aktywisty jest w stanie wetknąć kij w szprychy ogromnemu ruchowi opozycyjnemu, który od miesięcy toczy się przez Białoruś? Oczywiście, że nie i Łukaszenka o tym wiedział. Wiedział też, że będzie to miało skutek odwrotny i zadziała jako katalizator dla dalszej mobilizacji wśród opozycjonistów. 

Protasiewicz stał się pionkiem w grze pomiędzy wrogo nastawionymi do siebie rządami i służbami wywiadu, gdzie każda strona ma swoją agendę i ją bezlitośnie realizuje. Celem Łukaszenki zdaje się być zbliżenie się do Rosji i jednoczesne oddalenie od Unii Europejskiej. To dlatego porwał Protasiewicza – dało mu to pretekst do kolejnych politycznych kroków. Czuje, że nie musi się tłumaczyć ze swoich decyzji przed Białorusinami – może za to mówić o “złym Zachodzie”, który “uwziął się” na naród białoruski. Moment jest dobry – karty Łukaszenki w grze z Putinem dawno nie były tak mocne. Ukraina z roku na rok coraz bardziej odwraca się od swojego wschodniego sąsiada, a Białoruś pozostaje jedynym krajem tranzytowym, łączącym Rosję z tą częścią kontynentalnej Europy. Łukaszenka będzie próbował coś ugrać. 

Spróbujmy wcielić się na moment w rolę Łukaszenki. Wiemy, że zamierzamy porwać opozycjonistę, pytanie teraz kogo wybrać. Z pewnością najbardziej będzie się opłacało porwać kogoś na kogo są kompromitujące materiały, najlepiej kogoś powiązanego z neonazistami. Pozwoli to po pierwsze, pokazać cynizm Zachodu – będzie można mówić: zobaczcie oni robią bohatera z neofaszystowskiego wataszki. Po drugie pozwoli kontrolować taką osobę pod groźbą publikacji kolejnych materiałów. Tak więc trafiło na Romana Protasiewicza, stosunkowo mało znanego działacza z historią skrajnie prawicowych sympatii i członkostwa w neonazistowskim pułku, znanym ze zbrodni wojennych. 

Pułapka została zastawiona

W tym miejscu kończy się rola Łukaszenki i zaczyna dziennikarskie dochodzenie redakcyjnej koleżanki Julii Wójcik. 

Wiemy wszyscy oczywiście, że Roman został nielegalnie porwany i oczywiste jest to, że powinien zostać natychmiast wypuszczony i równie oczywiste jest to, że jeżeli dopuścił się zbrodni podczas swojej wojennej eskapady w neonazistowskim pułku, to powinien być za to osądzony. 

Gdy artykuł Julii Wójcik obnażający powiązania Protasiewicza z neonazistami, pojawił się na moim biurku widziałem ile wysiłku poszło w jego napisanie. Wraz z grafikiem spędzili godziny porównując na ekranach zdjęcia Romana ze zdjęciami żołnierza z frontu. Zdjęcia zostały opublikowane przez rządowe media, więc podeszli do nich z największą nieufnością. Jedno zdjęcie, w szczególnie dobrej jakości, pozwoliło na dokładną analizę. Szli piksel po pikselu. Konkluzja – zdjęcia są prawdziwe, nie ma wątpliwości, że to Protasiewicz. Postanowiliśmy poczekać z publikacją, aż na fotografie powołają się zachodnie agencje prasowe. Pierwsza była Włoska Agencja Prasowa, następne było Radio France Internationale. W tym momencie byliśmy pewni, dałem zielone światło.

Nie jest to nierealistyczny scenariusz, że Roman Protasiewicz, jako najbardziej znany Białoruski opozycjonista, szeroko uznany przez Zachód jako bohater walki o demokrację, dochodzi do pozycji władzy w swoim nowym, post-łukaszenkowskim kraju. A wraz z nim do rządu wchodzą jego koledzy z Azova, czy innych neonazistowskich organizacji. I to jest właśnie scenariusz, którego powinniśmy się obawiać. Może czas odrobić lekcje z Ukrainy?

Cena milczenia w sprawie przeszłości Romana może okazać się zbyt wysoka. Protasiewicz nie powinien zostać jednym z liderów białoruskiej opozycji, a na takiego koronują go zachodnie media. Czas aby świat usłyszał prawdę. Jeżeli media głównego nurtu zamierzają opierać białoruską rewolucję na kłamstwie, to jest to ich wybór. Moim zdaniem skrajnie nieodpowiedzialny i my nie będziemy do tego przykładać ręki. 

Jako społeczeństwo wciąż nie wyciągnęliśmy wniosków wobec niesamowitego zniszczenia i cierpienia, które są rezultatem tego, że w wewnętrzne konflikty w obcych krajach włączają się państwa NATO i próbują zmieniać reżimy. Dobre chęci i “pomocna dłoń” Zachodu przy wprowadzaniu demokracji, nieodzownie są usiane krwią niewinnych cywilów. Wystarczy spojrzeć czym się skończyły takie próby w Jemenie (2015), Libii (2011), Hondurasie (2009), Syrii (2017), czy Haiti (2004). 

Zanim napisałem ten tekst rozmawiałem z jedną z moich koleżanek, które organizowały protesty pod ambasadą Białorusi. Jest lewicowa, proeuropejska i progresywna.

“Nie chcę żeby nowa Białoruś była Białorusią Protasiewicza” – powiedziała.

Popularne

Do góry